Kent - Tigerdrottningen (2014)


Tracklista:
1. Mirage
2. Var är vi nu?
3. Skogarna
4. La belle epoque
5. Svart snö
6. Allt har sin tid
7. Innan himlen faller ner
8. Din enda vän
9. Godhet
10. Simmaren
11. Den andra sidan



Odkąd Kent weszli mocniej w elektronikę, można zauważyć pewną prawidłowość, mianowicie albumy znakomite są przeplatane z mocno przeciętnymi. Może Jag är inte rädd för mörkret nie był zły, ale próżno w nim bożej iskry zespołu. Na szczęście Tigerdrottningen to, według kolejki, ten album z rodzaju świetnych; co jeszcze lepsze, atmosferą i ponurością przypomina nieco Du & Jag Döden.

Już okładka sugeruje klimat albumu; jakaś gotycka księżniczka uwięziona w cierniach nie jest pierwszym przykładem groteski na okładkach Kent. Tutaj zresztą mamy nawiązanie do tytułu, który oznacza "tygrysia królowa". Ciekawe, intrygujące. Także treść albumu nie zawodzi pod tym względem. W ostatnich czasach Kent bywali pozbawieni fascynujących melodii, lecz na Tigerdrottiningen nie ma to miejsca. Jest tylko wspaniały elektroniczny pop-rock w wykonaniu szwedzkich legend, bo z pewnością już na to miano zasługują.

Najmocniejsze momenty albumu to bez wątpienia Mirage - zachwycający długim elektronicznym wstępem - przejmujący Godhet czy singlowy La belle epoque, ponuro krytykujący ówczesną Szwecję przy akompaniamencie wywołującego ciarki przetworzonego wokalu. Svart snö zawiera jeden z moich ulubionych cytatów zespołu (Jag vill inte vara ensam, men vem vill vara ensam?), Allt har sin tid to wyjątkowo sensualny kawałek, zaś Din enda vän przywodzi na myśl taneczne klimaty z Tillbaka till Samtiden. Wszystko to układa się w całość lekką, ale zarazem emocjonującą i nie pozwalającą się oderwać. Oto Kent taki, jaki powinien być.

Kent - Jag är inte rädd för mörkret (2012)


Tracklista:
1. 999
2. Petroleum
3. Isis & Bast
4. Jag ser dig
5. Tänd på
6. Beredd på allt
7. Ruta 1
8. Färger på natten
9. Låt dom komma
10. Hänsyn



Wydany w 2012 Jag är inte rädd för mörkret to album chyba najbardziej odstający od reszty dyskografii Kent. Jego tytuł oznacza "nie boję się ciemności", okładka też jest utrzymana w porażającej bieli i złocie, a z utworów dominuje pogoda ducha, jakby mająca przełamać mroki. Szkoda tylko, że całość, choć przyjemna, nie wydaje się jednak zbyt fascynująca.

Po En Plats i Solen zespół wyważył wreszcie gitary z klimatami tanecznymi; choć ta tendencja się utrzymała, wydaje się jednak, że muzycy grają jakby bez entuzjazmu, zmęczeni i ospali. Moimi faworytami na płycie jest pierwsza trójca: świeży 999 pobrzmiewający lekką elektroniką i gitarami, zakomponowany z polotem Petroleum i już znacznie spokojniejszy Isis & Bast. Ciekawym kawałkiem jest sensualny Tänd på, ładnie łączący gitary z klawiszami. Jestem zachwycona jeszcze tylko Beredd på allt - kapitalny elektroniczny wstęp i nieco duszna atmosfera. Reszta utworów wpada w ucho, by równie łatwo z niego wypaść.

Album jest przyjemny, ale brakuje w nim iskry, tego czegoś, co sprawia, że chce się go słuchać i słuchać wciąż bez przerwy. Toteż również i ja, jako recenzentka, nie czuję się do niego szczególnie przekonana.

Kent - En Plats i Solen (2010)


Tracklista:
1. Glasäpplen
2. Ismael
3. Skisser för sommaren
4. Ärlighet Respekt Kärlek
5. Varje gång du möter min blick
6. Ensam lång väg hem
7. Team building
8. Gamla Ullevi
9. Minimalen
10. Passagerare



Po średnio udanym Röd Kent wydali kolejny album bardzo szybko, bo ledwo osiem miesięcy później. Pojawiły się na nim utwory jeszcze z poprzedniej sesji, gdyż, jak wyjaśnił Joakim Berg, "chcieli je nagrać, póki jeszcze były świeże". Nie nastrajało to pozytywnie, ale zespół kolejny raz nas zaskoczył: En Plats i Solen w niczym nie przypomina monotonnego, nudnego poprzednika, pierwszy raz w historii grupy prezentując naprawdę udane połączenie rocka z elektroniką.

Tytuł albumu oznacza "miejsce w słońcu" i nic tak dobrze nie oddaje jego charakteru: jest słoneczny, żywy, pogodny, a dziesięć utworów to idealna liczba, by utrzymać słuchacza przy muzyce. Początek to prawdziwa bomba; na Glasäpplen wreszcie słyszymy prawdziwe gitary! Widać, że muzycy porządnie się z nimi przeprosili, bo w zestawieniu z żywszą aranżacją całość daje efekt świeży i miły dla ucha, a Jocke w końcu przestał brzmieć na znudzonego i zmęczonego. Ismael jest już nieco subtelniejszy, lecz w żadnym wypadku nie ma mowy o laniu wody; delikatniejsze brzmienie jest ładnie domknięte klawiszami. Miłą odmianą są za to smyczki, które słychać na Ärlighet Respekt Kärlek i Varje gång du möter min blick. Uwielbiam progresywność Ensam lång väg hem, nie da się też nie wspomnieć o fantastycznym Gamla Ullevi czy Team building. Wreszcie jeden z moich ulubionych momentów to Minimalen - elektroniczne brzdąkanie jest wręcz otwarcie inspirowane Sounds of the Universe Depeche Mode.

Po przeciętnym Tillbaka till Samtiden i niezbyt fascynującym Röd Kent wreszcie wrócili do formy, wydając krążek równy, interesujący i wreszcie zgrabnie łączący gitary z klawiszami. En Plats i Solen to ten typ albumu, którego zawsze dobrze posłuchać na poprawę humoru i dodatkową dawkę energii. Brawo, chłopaki.

Kent - Röd (2009)


Tracklista:
1. 18:29-4
2. Taxmannen
3. Krossa allt
4. Hjärta
5. Sjukhus
6. Vals för Satan (Din vän pessimisten)
7. Idioter
8. Svarta linjer
9. Ensamheten
10. Töntarna
11. Det finns inga ord



Tillbaka Till Samtiden otworzył nową erę dla zespołu Kent. Skończyły się typowe brzmienia rockowe, a zamiast tego wkroczyła dominacja elektroniki, staranniejsza produkcja i, niestety, pewnego rodzaju wypalenie. Niestety gołym okiem było widać, że choć melodie na albumie są poprawne, muzycy znacznie lepiej znają się na energicznym gitarowym graniu, a większe próby zajmowania się elektroniką kończą się na zwyczajnym przynudzaniu. Elektronika dobrze brzmiała u Kent wtedy, kiedy sięgali po nieco bardziej klubowe rytmy. Niestety, kontynuujący konwencję poprzednika Röd nadal ma ich zbyt mało, by można było nazwać go albumem interesującym.

Otwieracz, 18:29-4, to mało ciekawa kompozycja złożona ze śpiewu chóralnego i jakby melodii organowej, co pasuje do zespołu jak pięść do nosa. Na szczęście trwa na tyle krótko, by następujący po nim Taxmannen zdołał ucieszyć słuchacza mocniejszym beatem i ciekawym refrenem. I niestety, może jeszcze poza Krossa allt, Vals för Satan (Din vän pessimisten) i trochę bardziej emocjonalnym Hjärta, to by było na tyle, jeśli chodzi o utwory przykuwające uwagę. Album ciągnie się zamulającymi melodiami, które same w sobie są nawet przyjemne, ale... po prostu straszą totalnym brakiem pomysłu na życie albo rozkręcają się zbyt wolno, tak jak w Sjukhus czy Svarta linjer. Wielka szkoda, bo Kent przecież umieją robić muzykę.

Oj, długo męczyłam się z tym albumem. Zdecydowanie nie jest to czołówka dokonań Kent, nawet biorąc pod uwagę tylko tę bardziej elektroniczną stronę, chociaż i tak zyskuje na wartości po dziesiątym przesłuchaniu. Szkoda tylko, że pierwsze dziesięć przesłuchań naprawdę ciężko wytrwać. Najwyraźniej albo Röd po prostu nie wpasował się w stylistykę grupy, albo to oni nie mieli natchnienia. No cóż, zdarza się. Idę posłuchać Isoli.

Alan Wake (2010)

W każdym horrorze ofiara pyta "Dlaczego?". A przecież nie ma odpowiedzi, nie może być. Zagadka bez wyjaśnienia pozostaje w głowie najdłużej i ostatecznie to ją najdłużej zapamiętamy.
Nazywam się Alan Wake, jestem pisarzem.

Kiedy w 2010 roku fińskie studio Remedy wypuściło Alana Wake'a, bardzo szybko przyciągnął on ogromną uwagę graczy z całego świata, przynosząc twórcom spore nagłośnienie. Reklamowany jako psychologiczny thriller akcji, tytuł ten był chwalony za trzymającą w napięciu fabułę oraz multum nawiązań do klasyków horroru ze Stephenem Kingiem na czele. Z drugiej jednak strony krytykowano go za mało urozmaiconą rozgrywkę, a także zbyt długo trwający port na komputery osobiste. Alan Wake niedawno obchodził siódmą rocznicę istnienia, czas więc sprawdzić, jak dobrze melancholijny pisarz przetrwał próbę czasu.

Kent - Tillbaka till Samtiden (2007)


Tracklista:
1. Elefanter
2. Berlin
3. Ingenting
4. Vid din sida
5. Columbus
6. Sömnen
7. Vy från ett luftslott
8. Våga vara rädd
9. LSD, någon?
10. Generation ex
11. Ensammast i Sverige



Tillbaka till Samtiden przynosi pierwszą tak dużą zmianę w stylu Kent. Podczas nagrywania albumu z zespołu odszedł gitarzysta rytmiczny Harri Mänty, a i tak cała grupa wydawała się wtedy zmęczona gitarami. W rezultacie na ich siódmym studyjnym krążku elektronika przestaje być już elementem dodatkowym, a dominuje na każdym utworze. Dobrze świadczy fakt, że muzycy używają jej z wielkim smakiem.

Elefanter jest dość dziwnym otwieraczem. Zaczyna się spokojnie, sennie, łagodnie, a rytmiczna elektroniczna melodia wchodzi dopiero po jakimś czasie; całość daje zamglony, oniryczny efekt. Podobnie progresywny utwór to LSD, någon?Berlin jest już oparty na bardziej dyskotekowym beacie; Vin din sida zaś stawia na ostrzejszy gitarowy riff w tle oraz poważniejszy klimat. Przyjemnie brzmią chórki na Generation ex. Mimo że dominują utwory skoczne, tak jak świetny Vy från ett luftslott, nie brak tutaj też momentów emocjonalnych (Columbus). Niestety kilka smętniejszych kawałków (Sömnen) z powodzeniem można by zastąpić bardziej energicznymi b-side'ami, Tick Tack czy Min värld.

Jeśli ktoś nie lubi elektroniki, Tillbaka till Samtiden nie jest dla niego. Fani elektronicznego rocka powinni być zadowoleni, aczkolwiek nie jest to coś, po czym będziecie skakać z zachwytu. Warto przesłuchać dla kilku lepszych utworów.

Kent - Du & Jag Döden (2005)


Tracklista:
1. 400 slag
2. Du är ånga
3. Den döda vinkeln
4. Du var min armé
5. Palace & Main
6. Järnspöken
7. Klåparen
8. Max 500
9. Romeo återvänder ensam
10. Rosor & palmblad
11. Mannen i den vita hatten (16 år senare)



Ktoś kiedyś powiedział, że są na świecie dwie pewne rzeczy: śmierć i podatki. Nie wiem, jak z podatkami, ale wykorzystywanie motywu śmierci w każdej możliwej formie sztuki jest bardzo modne od wielu setek lat. Mroczniejsze, ponure klimaty zainspirowane śmiercią zawsze miały branie; również i Kent nie uchronili się od fascynacji tym motywem, wydając w 2005 roku płytę zatytułowaną po prostu Ty i ja, śmierć. A że zawsze wolałam tematy refleksyjne od bezmyślnej papki, Du & Jag Döden to wydawnictwo, do którego chętnie wracam.

Styl, jaki zespół wypracował przez trzy lata po Vapen & Ammunition, to klasyczny już dla Kent rock, tylko że w bardziej niepokojącej wersji. Zaczyna się fantastycznie - 400 slag hipnotyzuje słuchacza natchnionym głosem Jockego, a gitarowe brzmienia połączone z subtelnymi klawiszami zgrabnie wprowadzają nas w świat zalany deszczem, goryczą, zamyśleniem. Albo równie niesamowity Den döda vinkeln, choć tutaj mamy już do czynienia z łagodniejszym brzdąkaniem gitar oraz fortepianu. Pierwszą część płyty wieńczy Palace & Main, w mistrzowski sposób łączący emocjonalność z mocniejszą melodią (a z tego singla pochodzi zresztą mój ulubiony utwór Kent, b-side Nihilisten). Sensualizm w najlepszym wydaniu.

Dalej też jest nieźle. Klåparen zachwyca ciepłymi i jednocześnie niepokojącymi riffami oraz głosem Joakima. Max 500 to z kolei kawałek przede wszystkim elektroniczny, z wywołującym ciary motywem, zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek wtórności, jaka zdarza się na singlach. Wreszcie Romeo återvänder ensam oraz Mannen i den vita hatten (16 år senare) z klasą wieńczą dzieło. Do stylistyki płyty nie pasują tylko dwa utwory: Rosor & palmblad oraz Järnspöken, no ale nigdy nie byłam fanką tego rodzaju smętów, które zresztą może dobrze wyglądałyby na innym wydawnictwie, jednak tutaj psują obraz całości. Trochę szkoda.

Du & Jag Döden to obowiązkowa pozycja dla fanów rocka w wydaniu emocjonalnym, przejmującym, nieco pesymistycznym. Warto jednak dodać, że nie jest to tak duszny album jak Vapen & Ammunition. Z pewnością można nazwać go jednym z bardziej dojrzałych wydawnictw Kent, naprawdę niewiele ustępującym doskonałej Isoli. Zespół wszedł tutaj w nową erę, zostawiając za sobą swój "złoty wiek" - ale czy nie było warto?

Kent - Vapen & Ammunition (2002)


Tracklista:
1. Sundance Kid
2. Pärlor
3. Dom andra
4. Duett
5. Hur jag fick dig att älska mig
6. Kärleken väntar
7. Socker
8. FF
9. Elite
10. Sverige



Vapen & Ammunition w roli odpowiedzi na arcypomyślny Hagnesta Hill sprawił się doskonale - zgarnął najbardziej prestiżową nagrodę muzyczną w Szwecji, Grammis, jako album roku 2002, nie mówiąc już o pierwszych miejscach na rankingach w prawie całej Skandynawii. Kontynuacją tematu przewodniego w postaci rodzinnego miasta zespołu jest też okładka, przedstawiająca białego tygrysa, który jest główną atrakcją w zoo w Eskilstunie. No i fajnie; można by zatem spodziewać się, że krążek ten będzie jeszcze bardziej komercyjny i radiowy niż poprzednik, a to potrafi wywołać reakcję alergiczną. Na szczęście tak się nie dzieje, a Vapen & Ammunition zaskakuje... bardzo melancholijnym klimatem.

Naprawdę, nie żartuję. Słuchając piątego albumu Kent, mam ściśnięte serce, a przy lepszych kawałkach nawet ciary. Sundance Kid to jeden z tych lepszych - niby typowy, gitarowy otwieracz, ale emanuje z niego jakieś przygnębienie, smutek. Pärlor to już (nieco) mniej emocji, więcej rocka, ale takie właśnie odetchnięcie jest potrzebne po poprzedniku, fantastyczny jest też Dom andra, duszny, posępny i zarazem ciepły utwór. Obowiązkowo pojawia się wzruszająca ballada, tym razem przyprawiona klawiszami - Hur jag fick dig att älska mig; oraz mocniejszy rockowy moment, czyli Kärleken väntar. Godny uwagi jest też akustyczny Sverige, naprawdę świetne zwieńczenie albumu.

Czy coś jednak zgrzyta na Vapen & Ammunition? Niewiele, ale zawsze. Pozwolę sobie w tym momencie porównać na zasadzie kontrastu utwór niezły i utwór nieudany. Pierwszym z nich jest Duett - rzewne, śpiewane w kolaboracjach z popowymi piosenkarkami kawałki wprawdzie nie należą do moich ulubionych, jednak zdecydowanie wolę te chłodne klawisze od dyskotekowego FF. Tytuł ponoć ma być skrótem od "franska flickan" (francuska dziewczyna), co zresztą może być prawdą, bo w utworze pojawiają się francuskie wstawki. Nigdy nie byłam fanką tego języka, ale to popowość FF nie zaskarbiła sobie mojej sympatii.

Takich albumów jak Vapen & Ammunition nie należy słuchać zbyt często, bo grozi to poważnymi problemami sercowymi. Żartuję oczywiście, choć naprawdę niektóre utwory potrafią wstrząsnąć. To melodyjny, równy longplay, a co zaskakujące, melodyjność przez większość czasu nie przekłada się na niemożliwą do zniesienia popowość. Warto wspomnieć też, że z singla FF pochodzi jeden z najlepszych b-side'ów Kent - VinterNoll2. Dziękuję za uwagę.
^