Alan Wake (2010)

W każdym horrorze ofiara pyta "Dlaczego?". A przecież nie ma odpowiedzi, nie może być. Zagadka bez wyjaśnienia pozostaje w głowie najdłużej i ostatecznie to ją najdłużej zapamiętamy.
Nazywam się Alan Wake, jestem pisarzem.

Kiedy w 2010 roku fińskie studio Remedy wypuściło Alana Wake'a, bardzo szybko przyciągnął on ogromną uwagę graczy z całego świata, przynosząc twórcom spore nagłośnienie. Reklamowany jako psychologiczny thriller akcji, tytuł ten był chwalony za trzymającą w napięciu fabułę oraz multum nawiązań do klasyków horroru ze Stephenem Kingiem na czele. Z drugiej jednak strony krytykowano go za mało urozmaiconą rozgrywkę, a także zbyt długo trwający port na komputery osobiste. Alan Wake niedawno obchodził siódmą rocznicę istnienia, czas więc sprawdzić, jak dobrze melancholijny pisarz przetrwał próbę czasu.

Kent - Tillbaka Till Samtiden (2007)


Tracklista:
1. Elefanter
2. Berlin
3. Ingenting
4. Vid din sida
5. Columbus
6. Sömnen
7. Vy från ett luftslott
8. Våga vara rädd
9. LSD, någon?
10. Generation ex
11. Ensammast i Sverige



Tillbaka Till Samtiden przynosi pierwszą tak dużą zmianę w stylu Kent. Podczas nagrywania albumu z zespołu odszedł gitarzysta rytmiczny Harri Mänty, a i tak cała grupa wydawała się wtedy zmęczona gitarami. W rezultacie na ich siódmym studyjnym krążku elektronika przestaje być już elementem dodatkowym, a dominuje na każdym utworze. Dobrze świadczy fakt, że muzycy używają jej z wielkim smakiem.

Elefanter jest dość dziwnym otwieraczem. Zaczyna się spokojnie, sennie, łagodnie, a rytmiczna elektroniczna melodia wchodzi dopiero po jakimś czasie; całość daje zamglony, oniryczny efekt. Podobnie progresywny utwór to LSD, någon?Berlin jest już oparty na bardziej dyskotekowym beacie; Vin din sida zaś stawia na ostrzejszy gitarowy riff w tle oraz poważniejszy klimat. Przyjemnie brzmią chórki na Generation ex. Mimo że dominują utwory skoczne, tak jak świetny Vy från ett luftslott, nie brak tutaj też momentów emocjonalnych (Columbus). Niestety kilka smętniejszych kawałków (Sömnen) z powodzeniem można by zastąpić bardziej energicznymi b-side'ami, Tick Tack czy Min värld.

Jeśli ktoś nie lubi elektroniki, Tillbaka Till Samtiden nie jest dla niego. Fani elektronicznego rocka powinni być zadowoleni, aczkolwiek nie jest to coś, po czym będziecie skakać z zachwytu. Warto przesłuchać dla kilku lepszych utworów.

Kent - Du & Jag Döden (2005)


Tracklista:
1. 400 slag
2. Du är ånga
3. Den döda vinkeln
4. Du var min armé
5. Palace & Main
6. Järnspöken
7. Klåparen
8. Max 500
9. Romeo återvänder ensam
10. Rosor & palmblad
11. Mannen i den vita hatten (16 år senare)



Ktoś kiedyś powiedział, że są na świecie dwie pewne rzeczy: śmierć i podatki. Ja bym powiedziała, że jest jeszcze jedna: wykorzystywanie motywu śmierci w każdej możliwej formie sztuki. Mroczniejsze, ponure klimaty zainspirowane śmiercią zawsze miały branie; również i Kent nie uchronili się od fascynacji tym motywem, wydając w 2005 roku płytę zatytułowaną po prostu Ty i ja, śmierć. A że zawsze wolałam tematy refleksyjne od bezmyślnej papki, Du & Jag Döden to wydawnictwo, do którego chętnie wracam.

Styl, jaki zespół wypracował przez trzy lata po Vapen & Ammunition, to klasyczny już dla Kent rock, tylko że w bardziej niepokojącej wersji. Zaczyna się fantastycznie - 400 slag hipnotyzuje słuchacza natchnionym głosem Jockego, a gitarowe brzmienia połączone z subtelnymi klawiszami zgrabnie wprowadzają nas w świat zalany deszczem, goryczą, zamyśleniem. Albo równie niesamowity Den döda vinkeln, choć tutaj mamy już do czynienia z łagodniejszym brzdąkaniem gitar oraz fortepianu. Pierwszą część płyty wieńczy Palace & Main, w mistrzowski sposób łączący emocjonalność z mocniejszą melodią (a z tego singla pochodzi zresztą mój ulubiony utwór Kent, b-side Nihilisten). Sensualizm w najlepszym wydaniu.

Dalej też jest nieźle. Klåparen zachwyca ciepłymi i jednocześnie niepokojącymi riffami oraz głosem Joakima. Max 500 to z kolei kawałek przede wszystkim elektroniczny, z wywołującym ciary motywem, zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek wtórności, jaka zdarza się na singlach. Wreszcie Romeo återvänder ensam oraz Mannen i den vita hatten (16 år senare) z klasą wieńczą dzieło. Do stylistyki płyty nie pasują tylko dwa utwory: Rosor & palmblad oraz Järnspöken, no ale nigdy nie byłam fanką tego rodzaju smętów, które zresztą może dobrze wyglądałyby na innym wydawnictwie, jednak tutaj psują obraz całości. Trochę szkoda.

Du & Jag Döden to obowiązkowa pozycja dla fanów rocka w wydaniu emocjonalnym, przejmującym, nieco pesymistycznym. Warto jednak dodać, że nie jest to tak duszny album jak Vapen & Ammunition. Z pewnością można nazwać go jednym z bardziej dojrzałych wydawnictw Kent, naprawdę niewiele ustępującym doskonałej Isoli. Zespół wszedł tutaj w nową erę, zostawiając za sobą swój "złoty wiek" - ale czy nie było warto?

Kent - Vapen & Ammunition (2002)


Tracklista:
1. Sundance Kid
2. Pärlor
3. Dom andra
4. Duett
5. Hur jag fick dig att älska mig
6. Kärleken väntar
7. Socker
8. FF
9. Elite
10. Sverige



Vapen & Ammunition w roli odpowiedzi na arcypomyślny Hagnesta Hill sprawił się doskonale - zgarnął najbardziej prestiżową nagrodę muzyczną w Szwecji, Grammis, jako album roku 2002, nie mówiąc już o pierwszych miejscach na rankingach w prawie całej Skandynawii. Kontynuacją tematu przewodniego w postaci rodzinnego miasta zespołu jest też okładka, przedstawiająca białego tygrysa, który jest główną atrakcją w zoo w Eskilstunie. No i fajnie; można by zatem spodziewać się, że krążek ten będzie jeszcze bardziej komercyjny i radiowy niż poprzednik, a to potrafi wywołać reakcję alergiczną. Na szczęście tak się nie dzieje, a Vapen & Ammunition zaskakuje... bardzo melancholijnym klimatem.

Naprawdę, nie żartuję. Słuchając piątego albumu Kent, mam ściśnięte serce, a przy lepszych kawałkach nawet ciary. Sundance Kid to jeden z tych lepszych - niby typowy, gitarowy otwieracz, ale emanuje z niego jakieś przygnębienie, smutek. Pärlor to już (nieco) mniej emocji, więcej rocka, ale takie właśnie odetchnięcie jest potrzebne po poprzedniku, fantastyczny jest też Dom andra, duszny, posępny i zarazem ciepły utwór. Obowiązkowo pojawia się wzruszająca ballada, tym razem przyprawiona klawiszami - Hur jag fick dig att älska mig; oraz mocniejszy rockowy moment, czyli Kärleken väntar. Godny uwagi jest też akustyczny Sverige, naprawdę świetne zwieńczenie albumu.

Czy coś jednak zgrzyta na Vapen & Ammunition? Niewiele, ale zawsze. Pozwolę sobie w tym momencie porównać na zasadzie kontrastu utwór niezły i utwór nieudany. Pierwszym z nich jest Duett - rzewne, śpiewane w kolaboracjach z popowymi piosenkarkami kawałki wprawdzie nie należą do moich ulubionych, jednak zdecydowanie wolę te chłodne klawisze od dyskotekowego FF. Tytuł ponoć ma być skrótem od "franska flickan" (francuska dziewczyna), co zresztą może być prawdą, bo w utworze pojawiają się francuskie wstawki. Nigdy nie byłam fanką tego języka, ale to popowość FF nie zaskarbiła sobie mojej sympatii.

Takich albumów jak Vapen & Ammunition nie należy słuchać zbyt często, bo grozi to poważnymi problemami sercowymi. Żartuję oczywiście, choć naprawdę niektóre utwory potrafią wstrząsnąć. To melodyjny, równy longplay, a co zaskakujące, melodyjność przez większość czasu nie przekłada się na niemożliwą do zniesienia popowość. Warto wspomnieć też, że z singla FF pochodzi jeden z najlepszych b-side'ów Kent - VinterNoll2. Dziękuję za uwagę.

Kent - Hagnesta Hill (1999)


Tracklista:
1. Kungen är död
2. Revolt III
3. Musik non stop
4. Kevlarsjäl
5. Ett tidsfördriv att dö för
6. Stoppa mig juni (Lilla ego)
7. En himmelsk drog
8. Stanna hos mig
9. Cowboys
10. Beskyddaren
11. Berg & dalvana
12. Insekter
13. Visslaren



Po spektakularnej Isoli, która przyniosła Kent światową sławę, grupa postanowiła iść w nieco innym kierunku. W tamtym okresie muzycy silnie inspirowali się między innymi AC/DC, zatem wiadome było, że wydelikacone kawałki nie tyle znikną, co zostaną znacznie ograniczone na kolejnym wydawnictwie. I wreszcie, dwa lata później, stało się. Hagnesta Hill bierze nazwę od dzielnicy w Eskilstunie, gdzie zespół odbywał próby na początku swojej działalności; krążek ten jest także ostatnim, jaki został wydany w wersji angielskiej.

Kiedy dopiero zaczynałam słuchać Kent, to Hagnesta Hill był moim pierwszym kontaktem z tym zespołem. Zakochałam się w rockowym pazurze na Revolt III, a także zdarzyło mi się cały dzień bez przerwy słuchać dyskotekowego Musik non stop, chyba jednego z bardziej znanych kawałków grupy. Ponieważ album ten jest znacznie bardziej melodyjny i przystępny dla nieobeznanych słuchaczy, uważam go za niezły sposób, by wciągnąć się w Kent.

Na Hagnesta Hill można już wyczuć pierwsze oznaki komercjalizacji, tak jak ma to miejsce na wspomnianym już Musik non stop, ale na całe szczęście Szwedzi obchodzą się ze swoim sukcesem bardzo wdzięcznie. Mamy zatem świetny opener, Kungen är död - typowa Kentowa wrażliwość w gitarowej oprawie, której słucha się z nieustającą przyjemnością. W podobnym tonie, choć już mniej ostro, utrzymany jest Stoppa mig juni (Lilla ego) czy przejmujący Stanna hos mig. Kulminacja emocji to przepiękny Ett tidsfördriv att dö för, ale Kevlarsjäl, w zamyśle mający być chyba lekką balladką, trochę już nuży. Singlowy En himmelsk drog wchodzi na znacznie odważniejsze terytoria, szalenie ciekawy jest także Insekter, gdzie zamiast gitar dominują łagodne klawisze. Dzieła dopełnia Visslaren, który rozkręca się powoli, niemal sennie, by na koniec przejść w hipnotyczny gitarowy riff.

Jest więc dobrze, a nawet bardzo dobrze, i chociaż wdzięk Isoli gdzieś się zapodział, Kent nie przestał proponować ciekawych, prawie brit-popowych kawałków. Bez względu na to, czy nigdy nie słyszeliście o Kent, czy po prostu poszukujecie czegoś niewymagającego, ale i niebanalnego, Hagnesta Hill jest dla was jako świetny przedstawiciel rozrywkowej muzyki - do poskakania, jak i posłuchania w domowym zaciszu.

Kent - Isola (1997)


Tracklista:
1. Livräddaren
2. Om du var här
3. Saker man ser
4. Oprofessionell
5. OWC
6. Celsius
7. Bianca
8. Innan allting tar slut
9. Elvis
10. Glider
11. 747



Isola jest pierwszą wielką płytą Kent. Pierwsze miejsce w rankingach w Szwecji, wysokie miejsca w Skandynawii, notowania poza nią, a także pierwsze w historii zespołu dwujęzyczne (oryginalne i angielskie) wydanie. W dzisiejszych czasach to wszystko raczej nie jest wyznacznikiem wysokiego poziomu muzyki (a nawet przeciwnie, bo jak wiemy, popularne kawałki rzadko reprezentują sobą coś sensownego), lecz pod koniec lat dziewięćdziesiątych Kent znaczyli naprawdę wiele jako grupa rockowa. Isola zaś, z tego tytułu, stała się niejako klasyką gatunku.

Wiecie co? Jak po raz pierwszy zobaczyłam te wszystkie zachwyty, też uznałam, że to przereklamowane - do czasu, kiedy naprawdę usłyszałam Isolę. Wtedy okazało się, że w tych wszystkich peanach na jej cześć nie ma ani odrobiny przesady, gdyż album po prostu jest doskonały od początku do końca. Fantastyczny Livräddaren zapowiada niesamowite doświadczenie, w tle przemykają nieśmiało eteryczne gitary, a Jocke śpiewa jak natchniony... To jeden z moich ulubionych kawałków na płycie, ale kiedy się kończy, wcale nie czuję żalu, gdyż zaraz potem następuje singlowy Om du var här, jednocześnie delikatny i rozpaczliwy. Nie ustępuje im również wydany na singlu Saker man ser, choć tym razem mamy do czynienia z utworem znacznie łagodniejszym, świeższym. Potem następują dwie piękne ballady, Oprofessionell i OWC, przy czym ten drugi to chyba najrzewniejszy moment na albumie.

Drugą część Isoli rozpoczyna szybszy niż poprzednicy Celsius, który zaskakuje pobrzmiewającymi w tle klawiszami i efektownym refrenem. Mniam. Również Bianca oraz Elvis (kojarzący mi się z Depeche Mode) należą do bardziej energicznych utworów, ale to już koniec. Reszta płyty upływa nam spokojnie, sensualnie, niosąc nas w krainę marzeń wyczarowaną przez Kent: delikatnie muśnięty elektroniką Innan allting tar slut, hipnotyzujący Glider czy wreszcie 747, którym zespół przez wiele lat kończył swoje koncerty. Właściwie mogłabym przyczepić się tylko do tego, że Isola kończy się wyciszeniem - bardziej konkretne zwieńczenie z pewnością by nie zaszkodziło, ale to już drobnostka.

Nie pozostaje mi nic innego, jak krzyczeć "Słuchajcie, to wspaniały album!!!". Brzmienie teoretycznie nie zmieniło się od czasów Verkligen, ale... jest jakieś lżejsze, z większym polotem, przede wszystkim zaś bardziej dojrzałe. Isoli po prostu słucha się niesamowicie, każda sekunda spędzona z tym albumem to czysta przyjemność, czysta dawka emocji najwyższego sortu. Nie ma tu utworów słabych ani takich, które chętniej pominąć, bo nas nudzą. Kent popełnili dzieło wyjątkowe, a jeśli nie macie alergii na języki inne niż jedyny słuszny, posłuchajcie wersji szwedzkiej. Piękny natywny wokal dodatkowo wzmaga estetyczne wrażenia, verkligen.

5 Piknik z Kulturą Japońską - Matsuri

Dziwię się sobie, że moje pierwsze Matsuri jest dopiero piątym, ale lepiej późno niż wcale, prawda? Tego typu impreza jest koniecznością dla każdego, kto interesuje się kulturą Japońską... choćby nawet zaczynał od tego, że kolega pokazał mu jakieś anime.

Dotarliśmy na Matsuri około jedenastej, czyli ludzie już zaczynali się schodzić, ale jeszcze nic się nie zaczęło dziać. Sensei poszła wtedy na swoje stanowisko (rysowanie portretów mangą - jest świetna), a my, uczniowie, postanowiliśmy się rozejrzeć.

Pierwsze, co przykuło moją uwagę, to Chuuya Nakahara, czy raczej dziewczyna cosplayująca go (pozdrawiam!). Zebrałam się na odwagę i poprosiłam o przytulasa. Nie odmówiła!

Poszliśmy pod scenę i wokół niej, gdzie ustawiono już stoiska - głównie z jedzeniem, ale też z mangą, pamiątkami, herbatami (od razu kupiłam genmaichę, najlepsza rzecz pod słońcem) i masą innych rzeczy. Skłonieni niewielką kolejką kupiliśmy wszyscy po taiyaki - niewielkim ciastku w kształcie ryby, nadziewanym anko lub budyniem. Mniam!




Obejrzeliśmy rozpoczęcie imprezy, potem snuliśmy się chwilę, aż wreszcie nadszedł wyczekiwany przez nas punkt programu, taniec Yosakoi w wykonaniu grupy Sakuramai Poland. Dlaczego wyczekiwany? Otóż dwie osoby z tej grupy przyjechały niedawno do nas do Olsztyna, a liderka grupy nawet nauczyła nas kilku kroków tego tańca. Machaliśmy jej, a ona bezskutecznie próbowała zachować kamienną twarz :) Naprawdę zaimponowała mi radość i energia tych ludzi. Yosakoi bez wątpienia był dla mnie najlepszym punktem programu.








Inne występy, czyli Awa Odori oraz koncert Miki Kobayashi, również były fantastyczne. Spacerując po ośrodku, oglądaliśmy też pokazy sztuk walki i ceremonii herbacianej, odwiedziliśmy rysującą sensei, a także poznaliśmy proste gry i zabawy japońskie. Każdy z nas zostawił na Matsuri sporo kasy, ale chyba nie muszę mówić, że było warto? Lemoniada Ramune z kulką w środku to mała rzecz, a tak niesamowicie cieszy!











Za rok też przyjeżdżam i zapraszam również Was!

Kent - Verkligen (1996)


Tracklista:
1. Avtryck
2. Kräm (så nära får ingen gå)
3. Gravitation
4. Istället för ljud
5. 10 minuter (för mig själv)
6. En timme en minut
7. Indianer
8. Halka
9. Thinner
10. Vi kan väl vänta tills imorgon



Verkligen został wydany dokładnie rok po premierze pomyślnego albumu Kent - co ciekawe, od razu uplasował się na szczytach szwedzkich list przebojów. Wtedy to Kent zaczęli stopniowo wspinać się po drabinie sukcesu, by wkrótce zyskać miano największej grupy rockowej w całej Skandynawii, a kolejne ich krążki nie schodziły z pierwszych miejsc w rankingach. Jeśli zatem jesteście ciekawi, jak to wszystko się potoczyło, zapraszam do lektury.

Pierwszym, co rzuca się w uszy na drugim longplayu Kent, jest znacząca poprawa dojrzałości dźwięku. Chociaż zespół nadal był bardzo młody, wyraźnie słychać, że pozbyli się nieokrzesania, jakie królowało na debiucie. Warstwa muzyczna bardzo na tym zyskała, a utwory stały się bogatsze i po prostu ciekawsze. Pojawiły się różne ciekawe efekty, na przykład przetworzony wokal na łagodnie otwierającym płytę Avtryck, mamy też chyba pierwszą rockową balladę w wykonaniu tej grupy, czyli Gravitation - mimo mojego dystansu do łagodniejszych utworów muszę przyznać, że ten kawałek naprawdę wzrusza.

Głównie jednak mamy do czynienia z energicznym, kapitalnej jakości alternatywnym rockiem, którego chyba większość z nas zresztą oczekuje. Spokojnie, mimo paru spokojniejszych momentów (En timme en minut, Indianer) gitary pozostają najważniejsze w tym równaniu. Na Verkligen usłyszymy między innymi pierwszy wielki hit zespołu, czyli Kräm (så nära får ingen gå). Moimi faworytami z albumu są jednak Istället för ljud i 10 minuter (för mig själv), na których najwyraźniej słychać wrażliwość Kenta połączoną z fantastycznymi dźwiękami i wysokim poziomem technicznym. Świetna sprawa.

Czterdzieści trzy minuty dobrego rocka to, jak się okazuje, w sam raz dla Kent, by podbili serca swoich słuchaczy. Na pewno Verkligen to wartościowy album i pierwsze wielkie osiągnięcie grupy, których potem będzie naprawdę wiele. Aż boli fakt, że u nas są tak mało znani...
^