Noel Gallagher's High Flying Birds - Who Built the Moon? (2017)


Tracklista:
1. Fort Knox
2. Holy Mountain
3. Keep on Reaching
4. It's a Beautiful World
5. She Taught Me How to Fly
6. Be Careful What You Wish For
7. Black & White Sunshine
8. Interlude (Wednesday Pt. 1)
9. If Love Is the Law
10. The Man Who Built the Moon
11. End Credits (Wednesday Pt. 2)



Rywalizacja braci Gallagher od rozpadu Oasis przyjmuje różne, bardziej i mniej intensywne formy,  z nieprzerwanym dodatkiem liamowego wyzywania się na Twitterze, koniec końców jednak i tak wszystko skupia się na muzyce. Rok 2017 okazał się wyjątkowo przychylny dla fanów Oasis, gdyż nie tylko młodszy z panów wydał solową płytę (pierwszą jako samodzielny artysta), ale też Wysoko Latające Ptaki znowu pofrunęły. I tym razem ich lot podzielił na pół zarówno oasisowców, jak i drużynę Noela.

Who Built The Moon? prawie całkowicie zrywa z dotychczasowymi nawykami starszego Gallaghera, któremu zresztą często zarzucano brak kreatywności i trzymanie się bezpiecznego gruntu w swoim solowym projekcie; z pewnością jednak te zarzuty nie pasują do trzeciego albumu gitarzysty. Rock, tudzież britpop, został ograniczony do niezbędnego minimum. Zamiast tego Noel polubił się z psychodelią, soulem, elektroniką, zapraszając do studia takie sławy jak Johnny Marr czy Paul Weller, a producentem czyniąc Davida Holmesa. Efekt? Fantastyczny.

Uwolnienie się z więzów, jakie narzucało wpasowywanie się w styl Oasis, zdecydowanie wyszło mu na dobre. Fort Knox, psychodeliczny otwieracz z hipnotyzującym dźwiękiem budzika w tle, to jakby współczesny krewny Fucking In The Bushes. It's a Beautiful World wprowadza słuchacza w trans jednostajną linią melodyczną, a potem równie urzekającą partią francuskiego tekstu mówionego przez megafon. Be Careful What You Wish For na moment jakby przeprasza się z gitarami, nawiązując nieco do Beatlesów, lecz jest to wydanie dotąd niesłyszane u Noela. Ciepłe gitary pojawiają się też na Black & White Sunshine, a dwa instrumentale - Interlude i End Credits - z wyjątkowym kunsztem łączą je z klawiszowo-elektroniczną aranżacją. Moim faworytem jest jednak przewspaniały, trzymający w napięciu The Man Who Built The Moon. Nigdy żaden utwór Oasis nie dał mi takich ciar.

Obcowanie z Who Built The Moon? jest wysoce przyjemne nie tylko muzycznie, ale cała psychodelicznie-artystyczna estetyka albumu dodatkowo potęguje wrażenia. Kartkując książeczkę z wydania deluxe musiałam długo jeszcze zbierać szczękę z ziemi. Piękna okładka (na której jest zresztą żona Noela), ilustracje, kolorystyka - wszystko łączy się w jedną niesamowitą całość. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że ten album stoi w czołówce muzycznych dokonań Noela, choć oczywiście osoby spodziewające się kolejnej kopii Oasis będą zawiedzione. Tym osobom polecam pozostać przy As You Were. Dla mnie tegoroczny mecz wygrały Wysoko Latające Ptaki.

Poe - Haunted (2000)


Tracklista:
1. Exploration B
2. Haunted
3. Control
4. Terrible Thought
5. Walk the Walk
6. Terrified Heart
7. Wild
8. 5&½ Minute Hallway
9. Not a Virgin
10. Hey Pretty
11. Dear Johnny
12. Could've Gone Mad
13. Lemon Meringue
14. Spanish Doll
15. House of Leaves
16. Amazed
17. If You Were Here


Nie tak dawno pisałam o Domu z liści Marka Danielewskiego, przyszedł więc czas na siostrzane dzieło... Dosłownie, gdyż album, jakiemu się dzisiaj przyjrzę, nie tylko jest swego rodzaju innym punktem widzenia tej opowieści, ale też został nagrany przez siostrę pisarza, Anne Danielewski, pseudonim Poe. To płyta szalenie fascynująca zarówno w towarzystwie książki, jak i jako samodzielne dzieło.

Poe jest fenomenalną wokalistką. Wystarczy posłuchać choćby jednego utworu, by usłyszeć niesamowitą siłę i głębię jej głosu. Nie brak jej też talentu kompozytorskiego, każdy pojedynczy kawałek to miniaturowe zobrazowanie geniuszu. Dzieła dopełnia też kapitalny zespół instrumentalistów, jaki Poe dobrała na Haunted - mocne gitary, znakomita perkusja, trochę elektroniki. Ponadto album jest niesamowicie klimatyczny dzięki psychodelicznym wstawkom oddzielającym poszczególne utwory: zsamplowane głosy (głównie swojego ojca, Tada Danielewskiego, polskiego reżysera), niepokojące dźwięki i pozornie niezwiązane ze sobą monologi nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Haunted jest przede wszystkim świetnym rockowym albumem silnej wokalistki. Utwór tytułowy wprowadza słuchacza w ten zakręcony świat, mistrzowsko operując atmosferą. Power Anne Danielewski szczególnie słychać na Control - ostrym kawałku z pazurem, który też jest jednym z moich ulubionych - a także Not a Virgin. Choć tego typu utwory wydają się być jej konikiem, Poe ukazuje też jednak swoje łagodniejsze oblicze np. w Wild, który może nie do końca jest rockową balladą, ale z pewnością należy do utworów przejmujących.

Nie lada gratkę dla fanów Domu z liści będą stanowić nawiązania, jakich na Haunted jest pełno. Na pierwszy rzut oka możemy wyróżnić po tytułach Exploraton B, 5&1/2 Minute Hallway, Dear Johnny, Spanish Doll, Lemon Meringue czy najbardziej oczywisty House of Leaves, ale różne wskazówki są ukryte w poszczególnych tekstach i przerywnikach. Inną ciekawostką jest utwór Hey Pretty - w wersji albumowej zawierający wokal Poe, a na remiksie z 2001 roku zastąpiono go głosem Marka Danielewskiego czytającego fragment swojej książki. Naprawdę warto przysiąść i samemu poszukać tego typu smaczków.

Obcowanie z Haunted do doświadczenie niezwykłe i wysoce satysfakcjonujące dla muzycznych smakoszy. Szczególną frajdę sprawia w pakiecie z powieścią brata Poe, ale i samodzielnie stanowi dzieło o dużej wartości. Zdecydowanie polecam sięgnąć po ten album.

Kent - Då som Nu för Alltid (2016)


Tracklista:
1. Andromeda
2. Tennsoldater
3. Vi är för alltid
4. Den vänstra stranden
5. Nattpojken & Dagflickan
6. Vi är inte längre där
7. Förlåtelsen
8. Skyll inte ifrån dig
9. Gigi
10. Falska profeter
11. Den sista sången



Na początku roku 2016 gruchnęła wieść jak grom z jasnego nieba: Kent kończą działalność wydaniem ostatniego albumu. Ogłoszeniu towarzyszył ckliwy filmik ze stertą nawiązań do elementów z całej kariery zespołu, na którym członkowie idą przez miasto (świat?) przy smutnym akompaniamencie bębna i orkiestry. Abstrahując od całej tej otoczki, Då som Nu för Alltid to - przynajmniej na razie - finalny album Kent. I jak na ostatnie słowo, jest całkiem nieźle.

Mając na uwadze "czkawkę", z jaką Kent zaczęli wydawać genialne albumy na przemian ze średnimi od Tillbaka till SamtidenDå som Nu för Alltid prezentuje się przyjemnie, choć nie nazwałabym go najlepszym dziełem z elektronicznej ery grupy. Kolaboracje z damskimi wokalami, tutaj w postaci Nattpojken & Dagflickan, zawsze wypadały u nich trochę cukierkowato, ale takie utwory jak Tennsoldater czy Vi är för alltid przykuwają uwagę niebanalną aranżacją i przede wszystkim naprawdę umiejętnym zastosowaniem elektroniki. Miły dla ucha jest też prawie taneczny, zmysłowy Vi är inte längre där. Zresztą spora część płyty jest utrzymana raczej w tanecznych, choć sensualnych klimatach. Bez względu na to, czy Szwedzi naprawdę pochowali Kent pięć metrów pod ziemią, czy też planują spektakularny powrót, dobrze było usłyszeć ich jeszcze ten jeden raz.

Dom z liści (2000)

Dom. Ognisko domowe, ostoja, ciepło, rodzina, bezpieczna przystań - to najpopularniejsze znaczenia tego symbolu. A jednak popularne opowieści grozy aż roją się od domów nawiedzonych, mających niewiele wspólnego z wymienionymi skojarzeniami, w mniej lub bardziej udany sposób próbując zniweczyć pozytywne zabarwienie tego słowa. Tymczasem Dom z liści Marka Danielewskiego nie potrzebuje być nawiedzony, żeby przerażał. Wystarczy, że jest.

Zagłębianie się w tę powieść przypomina błądzenie po labiryncie, który na dodatek nie składa się z jednej, lecz z aż trzech, a nawet czterech warstw. Główna oś książki toczy się wokół domu położonego w Wirginii i jest opowiedziana w budzącym wiele kontrowersji filmie pt. Relacja Navidsona. O wydarzeniach nad Ash Tree Lane dowiadujemy się jednak niebezpośrednio, a z dziennikarskiej analizy tegoż dzieła, autorstwa niejakiego Zampanò - jego notatnik zostaje zaś znaleziony przez młodzieńca nazwiskiem Johnny Truant (lub też, jak figuruje w polskim tłumaczeniu, Johnny Wagabunda). Zagłębiając się w lekturę, chłopak dodaje do książki swoje przypisy i w takiej formie oddaje ją do wydawnictwa - uwagi wydawców stanowią więc jakby ostatnią powłokę powieści.

Kent - Tigerdrottningen (2014)


Tracklista:
1. Mirage
2. Var är vi nu?
3. Skogarna
4. La belle epoque
5. Svart snö
6. Allt har sin tid
7. Innan himlen faller ner
8. Din enda vän
9. Godhet
10. Simmaren
11. Den andra sidan



Odkąd Kent weszli mocniej w elektronikę, można zauważyć pewną prawidłowość, mianowicie albumy znakomite są przeplatane z mocno przeciętnymi. Może Jag är inte rädd för mörkret nie był zły, ale próżno w nim bożej iskry zespołu. Na szczęście Tigerdrottningen to, według kolejki, ten album z rodzaju świetnych; co jeszcze lepsze, atmosferą i ponurością przypomina nieco Du & Jag Döden.

Już okładka sugeruje klimat albumu; jakaś gotycka księżniczka uwięziona w cierniach nie jest pierwszym przykładem groteski na okładkach Kent. Tutaj zresztą mamy nawiązanie do tytułu, który oznacza "tygrysia królowa". Ciekawe, intrygujące. Także treść albumu nie zawodzi pod tym względem. W ostatnich czasach Kent bywali pozbawieni fascynujących melodii, lecz na Tigerdrottiningen nie ma to miejsca. Jest tylko wspaniały elektroniczny pop-rock w wykonaniu szwedzkich legend, bo z pewnością już na to miano zasługują.

Najmocniejsze momenty albumu to bez wątpienia Mirage - zachwycający długim elektronicznym wstępem - przejmujący Godhet czy singlowy La belle epoque, ponuro krytykujący ówczesną Szwecję przy akompaniamencie wywołującego ciarki przetworzonego wokalu. Svart snö zawiera jeden z moich ulubionych cytatów zespołu (Jag vill inte vara ensam, men vem vill vara ensam?), Allt har sin tid to wyjątkowo sensualny kawałek, zaś Din enda vän przywodzi na myśl taneczne klimaty z Tillbaka till Samtiden. Wszystko to układa się w całość lekką, ale zarazem emocjonującą i nie pozwalającą się oderwać. Oto Kent taki, jaki powinien być.

Kent - Jag är inte rädd för mörkret (2012)


Tracklista:
1. 999
2. Petroleum
3. Isis & Bast
4. Jag ser dig
5. Tänd på
6. Beredd på allt
7. Ruta 1
8. Färger på natten
9. Låt dom komma
10. Hänsyn



Wydany w 2012 Jag är inte rädd för mörkret to album chyba najbardziej odstający od reszty dyskografii Kent. Jego tytuł oznacza "nie boję się ciemności", okładka też jest utrzymana w porażającej bieli i złocie, a z utworów dominuje pogoda ducha, jakby mająca przełamać mroki. Szkoda tylko, że całość, choć przyjemna, nie wydaje się jednak zbyt fascynująca.

Po En Plats i Solen zespół wyważył wreszcie gitary z klimatami tanecznymi; choć ta tendencja się utrzymała, wydaje się jednak, że muzycy grają jakby bez entuzjazmu, zmęczeni i ospali. Moimi faworytami na płycie jest pierwsza trójca: świeży 999 pobrzmiewający lekką elektroniką i gitarami, zakomponowany z polotem Petroleum i już znacznie spokojniejszy Isis & Bast. Ciekawym kawałkiem jest sensualny Tänd på, ładnie łączący gitary z klawiszami. Jestem zachwycona jeszcze tylko Beredd på allt - kapitalny elektroniczny wstęp i nieco duszna atmosfera. Reszta utworów wpada w ucho, by równie łatwo z niego wypaść.

Album jest przyjemny, ale brakuje w nim iskry, tego czegoś, co sprawia, że chce się go słuchać i słuchać wciąż bez przerwy. Toteż również i ja, jako recenzentka, nie czuję się do niego szczególnie przekonana.

Kent - En Plats i Solen (2010)


Tracklista:
1. Glasäpplen
2. Ismael
3. Skisser för sommaren
4. Ärlighet Respekt Kärlek
5. Varje gång du möter min blick
6. Ensam lång väg hem
7. Team building
8. Gamla Ullevi
9. Minimalen
10. Passagerare



Po średnio udanym Röd Kent wydali kolejny album bardzo szybko, bo ledwo osiem miesięcy później. Pojawiły się na nim utwory jeszcze z poprzedniej sesji, gdyż, jak wyjaśnił Joakim Berg, "chcieli je nagrać, póki jeszcze były świeże". Nie nastrajało to pozytywnie, ale zespół kolejny raz nas zaskoczył: En Plats i Solen w niczym nie przypomina monotonnego, nudnego poprzednika, pierwszy raz w historii grupy prezentując naprawdę udane połączenie rocka z elektroniką.

Tytuł albumu oznacza "miejsce w słońcu" i nic tak dobrze nie oddaje jego charakteru: jest słoneczny, żywy, pogodny, a dziesięć utworów to idealna liczba, by utrzymać słuchacza przy muzyce. Początek to prawdziwa bomba; na Glasäpplen wreszcie słyszymy prawdziwe gitary! Widać, że muzycy porządnie się z nimi przeprosili, bo w zestawieniu z żywszą aranżacją całość daje efekt świeży i miły dla ucha, a Jocke w końcu przestał brzmieć na znudzonego i zmęczonego. Ismael jest już nieco subtelniejszy, lecz w żadnym wypadku nie ma mowy o laniu wody; delikatniejsze brzmienie jest ładnie domknięte klawiszami. Miłą odmianą są za to smyczki, które słychać na Ärlighet Respekt Kärlek i Varje gång du möter min blick. Uwielbiam progresywność Ensam lång väg hem, nie da się też nie wspomnieć o fantastycznym Gamla Ullevi czy Team building. Wreszcie jeden z moich ulubionych momentów to Minimalen - elektroniczne brzdąkanie jest wręcz otwarcie inspirowane Sounds of the Universe Depeche Mode.

Po przeciętnym Tillbaka till Samtiden i niezbyt fascynującym Röd Kent wreszcie wrócili do formy, wydając krążek równy, interesujący i wreszcie zgrabnie łączący gitary z klawiszami. En Plats i Solen to ten typ albumu, którego zawsze dobrze posłuchać na poprawę humoru i dodatkową dawkę energii. Brawo, chłopaki.

Kent - Röd (2009)


Tracklista:
1. 18:29-4
2. Taxmannen
3. Krossa allt
4. Hjärta
5. Sjukhus
6. Vals för Satan (Din vän pessimisten)
7. Idioter
8. Svarta linjer
9. Ensamheten
10. Töntarna
11. Det finns inga ord



Tillbaka Till Samtiden otworzył nową erę dla zespołu Kent. Skończyły się typowe brzmienia rockowe, a zamiast tego wkroczyła dominacja elektroniki, staranniejsza produkcja i, niestety, pewnego rodzaju wypalenie. Niestety gołym okiem było widać, że choć melodie na albumie są poprawne, muzycy znacznie lepiej znają się na energicznym gitarowym graniu, a większe próby zajmowania się elektroniką kończą się na zwyczajnym przynudzaniu. Elektronika dobrze brzmiała u Kent wtedy, kiedy sięgali po nieco bardziej klubowe rytmy. Niestety, kontynuujący konwencję poprzednika Röd nadal ma ich zbyt mało, by można było nazwać go albumem interesującym.

Otwieracz, 18:29-4, to mało ciekawa kompozycja złożona ze śpiewu chóralnego i jakby melodii organowej, co pasuje do zespołu jak pięść do nosa. Na szczęście trwa na tyle krótko, by następujący po nim Taxmannen zdołał ucieszyć słuchacza mocniejszym beatem i ciekawym refrenem. I niestety, może jeszcze poza Krossa allt, Vals för Satan (Din vän pessimisten) i trochę bardziej emocjonalnym Hjärta, to by było na tyle, jeśli chodzi o utwory przykuwające uwagę. Album ciągnie się zamulającymi melodiami, które same w sobie są nawet przyjemne, ale... po prostu straszą totalnym brakiem pomysłu na życie albo rozkręcają się zbyt wolno, tak jak w Sjukhus czy Svarta linjer. Wielka szkoda, bo Kent przecież umieją robić muzykę.

Oj, długo męczyłam się z tym albumem. Zdecydowanie nie jest to czołówka dokonań Kent, nawet biorąc pod uwagę tylko tę bardziej elektroniczną stronę, chociaż i tak zyskuje na wartości po dziesiątym przesłuchaniu. Szkoda tylko, że pierwsze dziesięć przesłuchań naprawdę ciężko wytrwać. Najwyraźniej albo Röd po prostu nie wpasował się w stylistykę grupy, albo to oni nie mieli natchnienia. No cóż, zdarza się. Idę posłuchać Isoli.
^