Papers, Please

Gry indie, ich pomysłowość i zawarty w prostocie urok chyba nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać i zachwycać. Dziś na afiszu wyląduje niezależna produkcja Papers Please, stworzona przez jedną jedyną osobę w osobie Lucasa Pope'a, określana jako "dystopijny thriller biurokratyczny". Kurczę, nigdy się nie spodziewałam, że zagram w grę polityczną i na dodatek że będę nią zachwycona... Muszę oddać honor moim zaangażowanym politycznie przyjaciołom.

Juno Reactor - The Mutant Theatre (2018)


Tracklista:
1. The Return Of The Pistolero
2. Our World
3. Let's Turn On
4. Dakota
5. Alien
6. The Sky Is Blue The Sky Is Black
7. Showtime
8. Voyager 304
9. Tannhauser Gate



Choć na kolejne dzieło Bena Watkinsa przyszło nam czekać pięć lat, to jednak artysta bynajmniej nie znajdował się w stanie spoczynku. Wraz z muzykami różnych narodowości objeżdżał świat ze specjalnie przygotowanym pokazem The Mutant Theatre; ostatecznie taki sam tytuł nosi najświeższe dzieło grupy.

Powrót do staroci? Return of the Pistolero nawiązuje do znanego już z Shango utworu, stanowiąc zarazem najbardziej satysfakcjonujący moment albumu. Dakota wydaje się hipnotyzować indiańskimi motywami i jednocześnie zapraszać do tańca. Alien oraz Voyager 304 to wariacja na temat podróży kosmicznych. Zmian konwencji zatem nie stwierdzono, przez co momentami płyta może wydawać się monotonna. Ben Watkins po raz kolejny udowodnił jednak, że jego przepis na psychodeliczny trance sprawdza się nieprzerwanie od wielu lat.

Gakuen K -Wonderful School Days-


Anime K, będące oryginalnym projektem grupy autorów GoRA oraz studia GoHands, zyskało sobie sporą popularność już po emisji pierwszego sezonu. Potem pojawiły się uzupełniające uniwersum mangi, light novel, a także kolejne animowane kontynuacje. Słowem, franczyza rozrosła się do sporych rozmiarów, a na jej sukces zapewne nie pozostał bez wpływu fakt, że każdy, bez względu na płeć, mógł nacieszyć oko interesującymi postaciami. Jednak choć fanserwisu przeznaczonego dla panów nie brakowało, to panie musiały się zadowolić ładnymi buziami. Nie ma obaw! Twórcy pośpieszyli z nadrobieniem tego braku, wypuszczając w 2015 otome game dla dziewczyn zatytułowaną Gakuen K -Wonderful School Days-.

SuperStar BTS

Popularność koreańskiej grupy BTS ostatnimi czasy bije rekordy, co jest tym bardziej zaskakujące, że przebili się na rynku tak wrednym i ograniczonym. Nie zapowiada się jednak, żeby ich sukces miał w najbliższym czasie osłabnąć, a fanów cieszą coraz to kolejne atrakcje. 18 stycznia zadebiutowali we własnej, już trzeciej wydanej przez firmę Dalcomsoft grze z serii SuperStar - tym razem, po SMTOWN i JYPNATION po raz pierwszy poświęconą w całości jednej grupie.

Noel Gallagher's High Flying Birds - Who Built the Moon? (2017)


Tracklista:
1. Fort Knox
2. Holy Mountain
3. Keep on Reaching
4. It's a Beautiful World
5. She Taught Me How to Fly
6. Be Careful What You Wish For
7. Black & White Sunshine
8. Interlude (Wednesday Pt. 1)
9. If Love Is the Law
10. The Man Who Built the Moon
11. End Credits (Wednesday Pt. 2)



Rywalizacja braci Gallagher od rozpadu Oasis przyjmuje różne, bardziej i mniej intensywne formy,  z nieprzerwanym dodatkiem liamowego wyzywania się na Twitterze, koniec końców jednak i tak wszystko skupia się na muzyce. Rok 2017 okazał się wyjątkowo przychylny dla fanów Oasis, gdyż nie tylko młodszy z panów wydał solową płytę (pierwszą jako samodzielny artysta), ale też Wysoko Latające Ptaki znowu pofrunęły. I tym razem ich lot podzielił na pół zarówno oasisowców, jak i drużynę Noela.

Who Built The Moon? prawie całkowicie zrywa z dotychczasowymi nawykami starszego Gallaghera, któremu zresztą często zarzucano brak kreatywności i trzymanie się bezpiecznego gruntu w swoim solowym projekcie; z pewnością jednak te zarzuty nie pasują do trzeciego albumu gitarzysty. Rock, tudzież britpop, został ograniczony do niezbędnego minimum. Zamiast tego Noel polubił się z psychodelią, soulem, elektroniką, zapraszając do studia takie sławy jak Johnny Marr czy Paul Weller, a producentem czyniąc Davida Holmesa. Efekt? Fantastyczny.

Uwolnienie się z więzów, jakie narzucało wpasowywanie się w styl Oasis, zdecydowanie wyszło mu na dobre. Fort Knox, psychodeliczny otwieracz z hipnotyzującym dźwiękiem budzika w tle, to jakby współczesny krewny Fucking In The Bushes. It's a Beautiful World wprowadza słuchacza w trans jednostajną linią melodyczną, a potem równie urzekającą partią francuskiego tekstu mówionego przez megafon. Be Careful What You Wish For na moment jakby przeprasza się z gitarami, nawiązując nieco do Beatlesów, lecz jest to wydanie dotąd niesłyszane u Noela. Ciepłe gitary pojawiają się też na Black & White Sunshine, a dwa instrumentale - Interlude i End Credits - z wyjątkowym kunsztem łączą je z klawiszowo-elektroniczną aranżacją. Moim faworytem jest jednak przewspaniały, trzymający w napięciu The Man Who Built The Moon. Nigdy żaden utwór Oasis nie dał mi takich ciar.

Obcowanie z Who Built The Moon? jest wysoce przyjemne nie tylko muzycznie, ale cała psychodelicznie-artystyczna estetyka albumu dodatkowo potęguje wrażenia. Kartkując książeczkę z wydania deluxe musiałam długo jeszcze zbierać szczękę z ziemi. Piękna okładka (na której jest zresztą żona Noela), ilustracje, kolorystyka - wszystko łączy się w jedną niesamowitą całość. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że ten album stoi w czołówce muzycznych dokonań Noela, choć oczywiście osoby spodziewające się kolejnej kopii Oasis będą zawiedzione. Tym osobom polecam pozostać przy As You Were. Dla mnie tegoroczny mecz wygrały Wysoko Latające Ptaki.

Poe - Haunted (2000)


Tracklista:
1. Exploration B
2. Haunted
3. Control
4. Terrible Thought
5. Walk the Walk
6. Terrified Heart
7. Wild
8. 5&½ Minute Hallway
9. Not a Virgin
10. Hey Pretty
11. Dear Johnny
12. Could've Gone Mad
13. Lemon Meringue
14. Spanish Doll
15. House of Leaves
16. Amazed
17. If You Were Here


Nie tak dawno pisałam o Domu z liści Marka Danielewskiego, przyszedł więc czas na siostrzane dzieło... Dosłownie, gdyż album, jakiemu się dzisiaj przyjrzę, nie tylko jest swego rodzaju innym punktem widzenia tej opowieści, ale też został nagrany przez siostrę pisarza, Anne Danielewski, pseudonim Poe. To płyta szalenie fascynująca zarówno w towarzystwie książki, jak i jako samodzielne dzieło.

Poe jest fenomenalną wokalistką. Wystarczy posłuchać choćby jednego utworu, by usłyszeć niesamowitą siłę i głębię jej głosu. Nie brak jej też talentu kompozytorskiego, każdy pojedynczy kawałek to miniaturowe zobrazowanie geniuszu. Dzieła dopełnia też kapitalny zespół instrumentalistów, jaki Poe dobrała na Haunted - mocne gitary, znakomita perkusja, trochę elektroniki. Ponadto album jest niesamowicie klimatyczny dzięki psychodelicznym wstawkom oddzielającym poszczególne utwory: zsamplowane głosy (głównie swojego ojca, Tada Danielewskiego, polskiego reżysera), niepokojące dźwięki i pozornie niezwiązane ze sobą monologi nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Haunted jest przede wszystkim świetnym rockowym albumem silnej wokalistki. Utwór tytułowy wprowadza słuchacza w ten zakręcony świat, mistrzowsko operując atmosferą. Power Anne Danielewski szczególnie słychać na Control - ostrym kawałku z pazurem, który też jest jednym z moich ulubionych - a także Not a Virgin. Choć tego typu utwory wydają się być jej konikiem, Poe ukazuje też jednak swoje łagodniejsze oblicze np. w Wild, który może nie do końca jest rockową balladą, ale z pewnością należy do utworów przejmujących.

Nie lada gratkę dla fanów Domu z liści będą stanowić nawiązania, jakich na Haunted jest pełno. Na pierwszy rzut oka możemy wyróżnić po tytułach Exploraton B, 5&1/2 Minute Hallway, Dear Johnny, Spanish Doll, Lemon Meringue czy najbardziej oczywisty House of Leaves, ale różne wskazówki są ukryte w poszczególnych tekstach i przerywnikach. Inną ciekawostką jest utwór Hey Pretty - w wersji albumowej zawierający wokal Poe, a na remiksie z 2001 roku zastąpiono go głosem Marka Danielewskiego czytającego fragment swojej książki. Naprawdę warto przysiąść i samemu poszukać tego typu smaczków.

Obcowanie z Haunted do doświadczenie niezwykłe i wysoce satysfakcjonujące dla muzycznych smakoszy. Szczególną frajdę sprawia w pakiecie z powieścią brata Poe, ale i samodzielnie stanowi dzieło o dużej wartości. Zdecydowanie polecam sięgnąć po ten album.

Kent - Då som Nu för Alltid (2016)


Tracklista:
1. Andromeda
2. Tennsoldater
3. Vi är för alltid
4. Den vänstra stranden
5. Nattpojken & Dagflickan
6. Vi är inte längre där
7. Förlåtelsen
8. Skyll inte ifrån dig
9. Gigi
10. Falska profeter
11. Den sista sången



Na początku roku 2016 gruchnęła wieść jak grom z jasnego nieba: Kent kończą działalność wydaniem ostatniego albumu. Ogłoszeniu towarzyszył ckliwy filmik ze stertą nawiązań do elementów z całej kariery zespołu, na którym członkowie idą przez miasto (świat?) przy smutnym akompaniamencie bębna i orkiestry. Abstrahując od całej tej otoczki, Då som Nu för Alltid to - przynajmniej na razie - finalny album Kent. I jak na ostatnie słowo, jest całkiem nieźle.

Mając na uwadze "czkawkę", z jaką Kent zaczęli wydawać genialne albumy na przemian ze średnimi od Tillbaka till SamtidenDå som Nu för Alltid prezentuje się przyjemnie, choć nie nazwałabym go najlepszym dziełem z elektronicznej ery grupy. Kolaboracje z damskimi wokalami, tutaj w postaci Nattpojken & Dagflickan, zawsze wypadały u nich trochę cukierkowato, ale takie utwory jak Tennsoldater czy Vi är för alltid przykuwają uwagę niebanalną aranżacją i przede wszystkim naprawdę umiejętnym zastosowaniem elektroniki. Miły dla ucha jest też prawie taneczny, zmysłowy Vi är inte längre där. Zresztą spora część płyty jest utrzymana raczej w tanecznych, choć sensualnych klimatach. Bez względu na to, czy Szwedzi naprawdę pochowali Kent pięć metrów pod ziemią, czy też planują spektakularny powrót, dobrze było usłyszeć ich jeszcze ten jeden raz.

Dom z liści (2000)

Dom. Ognisko domowe, ostoja, ciepło, rodzina, bezpieczna przystań - to najpopularniejsze znaczenia tego symbolu. A jednak popularne opowieści grozy aż roją się od domów nawiedzonych, mających niewiele wspólnego z wymienionymi skojarzeniami, w mniej lub bardziej udany sposób próbując zniweczyć pozytywne zabarwienie tego słowa. Tymczasem Dom z liści Marka Danielewskiego nie potrzebuje być nawiedzony, żeby przerażał. Wystarczy, że jest.

Zagłębianie się w tę powieść przypomina błądzenie po labiryncie, który na dodatek nie składa się z jednej, lecz z aż trzech, a nawet czterech warstw. Główna oś książki toczy się wokół domu położonego w Wirginii i jest opowiedziana w budzącym wiele kontrowersji filmie pt. Relacja Navidsona. O wydarzeniach nad Ash Tree Lane dowiadujemy się jednak niebezpośrednio, a z dziennikarskiej analizy tegoż dzieła, autorstwa niejakiego Zampanò - jego notatnik zostaje zaś znaleziony przez młodzieńca nazwiskiem Johnny Truant (lub też, jak figuruje w polskim tłumaczeniu, Johnny Wagabunda). Zagłębiając się w lekturę, chłopak dodaje do książki swoje przypisy i w takiej formie oddaje ją do wydawnictwa - uwagi wydawców stanowią więc jakby ostatnią powłokę powieści.
^